Ufff. They're here.
W czwartek Hania przyjechała, a Kasia wróciła do domu. Nareszcie; szpital nie jest najprzyjemniejszym miejscem.
Minęło już zatem kilka dni; cóż to były za dni!
W cięgu dnia jest fajnie; Hania budzi się co 2 godziny na jedzenie i higienę, można nawet zaplanować dzień według tego.
Ale w nocy, niestety, Hania najpierw musi się najeść, trwa to jakieś 4 godziny, z krótkimi przerwami, więc na dobre zasypiamy ok. 3, 4 rano. Właściwie to Kasia zasypia wtedy, bo ja już wcześniej kimam; cóż mam innego robić?
Ale będzie coraz lepiej z każdym dniem.
A potem to już takie frykasy jak ząbkowanie, katastrofy domowe, demolowanie pokoju, pierwsze dni w szkole, pierwsze zakochanie, bunt nastoletni, rozstanie z domem, kontrowersyjne wybory na przyszłość, jakiś ślub może, wnuki i inne.
Obyśmy jak najdłużej tego mogli doświadczać...